Wielka Brytania jest w stanie wojny – dlaczego warto brać udział w wyborach

Najpierw wyślą wiadomość pocztą. Potem będą rekrutować na placach. Non stop przyglądać się nam na ulicach. W końcu zapukają do naszych domów. Dla nich przez najbliższe trzy tygodnie liczy się tylko jedno: wyborcy! Ta wojna jest totalna, ale na szczęście tylko w przenośni. Toczy się o zdanie potencjalnych wyborców, a ogłosił ją premier Gordon Brown. Kto zajmie miejsca w nowym parlamencie wyjaśni się 6 maja 2010 roku.

Wybory – jedyny moment, w którym poglądy polityczne tzw. zwykłych ludzi przyjmują wymierną wartość. Demokracja odwiesza swój codzienny strój – przedstawicielstwo. Posłowie znikają z Parlamentu. Ich asystenci w pośpiechu oddają ostatnie dokumenty do parlamentarnej biblioteki i przegrywają po kryjomu ściągnięte filmy na prywatne laptopy. Cały bogaty ekwipunek House of Commons zamyka się dla nich 12 kwietnia o godzinie 18. Posłów nie ma. A decyzja czy wrócą, znajduje się w rękach wyborców.

O ile w wyborach lokalnych mogli brać udział obywatele krajów Unii Europejskiej mieszkający na stałe w UK, to w wyborach do Izby Gmin prawo do głosowania  posiadają tylko osoby legitymujące się brytyjskim obywatelstwem. Aby głosować należy mieć ukończone 18 lat, mieszkać na terenie Zjednoczonego Królestwa, posiadać obywatelstwo brytyjskie, Republiki Irlandii lub jednego z krajów Wspólnoty Brytyjskiej. Każdy kto spełnia te kryteria musi także zgłosić chęć głosowania do 20 kwietnia 2010.

System głosowania w wyborach do brytyjskiego parlamentu jest prostszy niż w Polsce. W Izbie Gmin zasiada 650 posłów, więc kraj podzielony jest na 650 jednomandatowych okręgów wyborczych. W każdym z nich wygrywa kandydat, który otrzyma największą liczbę głosów, bez względu na to jaki wynik uzyska jego partia w innych częściach kraju. W obowiązującym w UK systemie „zwycięzca bierze wszystko” wartość pojedynczych głosów nie gubi się tak jak w systemie proporcjonalnym. Tutaj, gdy w jednym okręgu na kandydata A zagłosuje dwa tysiące wyborców, a na kandydata B dwa tysiące wyborców plus jeden, to ten drugi znajdzie się w Izbie Gmin. Fakt, że pojedynczy głos naprawdę może decydować nadaje udziałowi w głosowaniu większy sens.

Branie udziału w życiu politycznym opłaca się także na dłuższą metę. Kandydat na posła analizuje informacje na temat tego kto mieszka w jego okręgu i na kogo, jeśli w ogóle, głosują konkretne grupy. Prosta informacja: „Polacy nie głosują” w praktyce przełoży się na: „Polacy nie są moimi wyborcami, nie muszę o nich pamiętać, gdy bronię spraw moich wyborców w parlamencie”.

Częstym argumentem przeciwko braniu udziału w wyborach bywa przekonanie, że wszyscy politycy kłamią. Brytyjska polityka nie jest oczywiście wzorcem cnót. Takie wydarzenia jak wyłudzanie pieniędzy podatników na utrzymanie domów, czy kupowanie odznaczeń i miejsc w Izbie Lordów, podkopują wiarę w sens demokracji. Zobowiązany dyscypliną partii, która dała mu miejsce na liście, poseł nie będzie też oglądał się na nasze opinie w każdej sprawie, ale głosując mówimy: „Jesteśmy tu. Patrzymy. Oceniamy.” Bierzemy czynny udział w życiu społecznym, a więc należy się z nami liczyć.Na głosowanie można patrzeć jako na społeczny, moralny obowiązek. Ale, można też spojrzeć w kategorii przywileju. Prawa wolnego głosu pozbawione były pokolenia naszych rodaków w ojczyźnie. Dziś, między innymi dzięki ich staraniom, mieszkając w UK, korzystamy z przywileju wolnego transferu towarów, usług, pieniędzy i osób. A czy ci z nas, którzy mogą głosować, skorzystają w maju z głównego przywileju demokracji: prawa wolnego wyboru?

Artykuł opublikowany na www.londynek.net 19 kwietnia 2010.

261 More posts in Polityka w UK category
Recommended for you
Boris Johnson wygrywa wybory parlamentarne

Historyczne zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach do Izby Gmin pozwala oczekiwać, że brexit nastąpi najpóźniej...