Szanse na przyśpieszone wybory parlamentarne w UK – komentarz

Przegrana przez rząd pierwsza rozprawa sądowa o prawo do uruchomienia artykułu 50 odnowiła dyskusje na temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych.

Z powodu Fixed Parliament Act ogłoszenie przedterminowych wyborów parlamentarnych nie jest już tak proste jak przed rokiem 2010, ale nie jest niemożliwe (zob. Jak Wielka Brytania wybiera premiera). Mówiło się już o tym w lipcu po rezygnacji Davida Camerona i przejęciu stanowiska premiera przez Theresę May – część komentatorów uznała wtedy, że nowa premier nie ma pełnego mandatu do sprawowania funkcji, ponieważ nie ona wygrała wybory parlamentarne. W brytyjskim parlamentaryzmie programy wyborcze zwycięskiej partii grają istotną rolę – na przykład zapisane w nich propozycje nie mogą być blokowane przez Izbę Lordów. Część osób wątpiła więc, czy przywiązanie nowej premier do obietnic, na podstawie których w maju 2015r. wygrał wybory David Cameron, jest wystarczająco silne.

Kolejne tygodnie przyniosły nowy – polityczny – argument za ogłoszeniem przyspieszonych wyborów. Partia Konserwatywna szybko uporała się z wyborem następczyni Camerona i sondaże pokazywały duże zaufanie społeczne do Theresy May, tymczasem w Partii Pracy pogłębiał się kryzys przywództwa Jeremy’ego Corbyna: większość gabinetu cieni złożyła rezygnacje, parlamentarzyści wyrazili wotum nieufności do lidera, a następnie zmusili go do przeprowadzenia nowych wyborów władz partyjnych. Ponowne zwycięstwo spornego przywódcy nie rozwiązało sytuacji patowej między procorbynowskimi działaczami i aktywistami a większością labourzystowskich posłów. Zajęta nieporozumiewaniami we własnym gronie Partia Pracy traci sympatię Brytyjczyków – od sierpnia wyraźnie rozchodzi się poparcie dwóch głównych partii, dając konserwatystom największą przewagę od lat i wydawałoby się idealny moment na ogłoszenie nowych wyborów (zob. grafika).

Źródło: Britain Elects

Po niekorzystnym dla rządu werdykcie sądu w sprawie prawa do uruchomienia artykułu 50 podniosły się głosy, że obecny skład parlamentu mógłby zablokować lub znacząco opóźnić proces występowania z Unii Europejskiej. Przedterminowe wybory miałby zatem oddać decyzję w sprawie Brxitu raz jeszcze w ręce wyborców.

Zakładając, że sondaże znalazłyby odzwierciedlenie w wyniku wyborów, dałyby one premier May świeżą legitymację do kształtowania nowych relacji z Unią Europejską. Ponadto, wymuszając zjednoczenie partii przed wyborami, zapewniłyby jej solidniejsze wsparcie we własnych szeregach i co najważniejsze silniejsze parlamentarne zaplecze dla rządu po wyborach. To uchroniłoby ją od porażek przy wprowadzaniu nowych ustaw, w tym tych dotyczących Brexitu: ustawy uruchamiającej artykuł 50 – jeśli sąd potrzyma swój wyrok – i wielkiej ustawy uchylającej ustawę o Wspólnotach Europejskich z 1972 roku, która wprowadziła w UK unijne prawo. May coraz wyraźniej potrzebuje więcej głosów w parlamencie, bo obecnie przewaga stopniała w wyniku dwóch niespodziewanych rezygnacji z – i tak niewielkiej – liczby 12 mandatów do 10, a na horyzoncie rysują się potencjalne bunty, rezygnacje i wybory uzupełniające, mogące sparaliżować prace rządu.

Premier May politycznie jest dziś w podobnej sytuacji jak Gordon Brown w 2007 roku. Gdy obejmował funkcję w 2007 roku po Tonym Blairze także miał dużą przewagę sondażową. William Hague, były już minister spraw zagranicznych z Partii Konserwatywnej, przyznał później, że był przekonany, że Brown ogłosi przyspieszone wybory, wygra je i zmiażdży konserwatystów. Tak się jednak nie stało. Brown chciał się skupić na realizacji własnych założeń, a z czasem na znalezieniu wyjścia z  kryzysu finansowego. Partia Pracy przegrała wybory w 2010 roku i do tej pory pozostaje w opozycji.

May mierzy się dziś z zdaniem porównywalnym lub nawet trudniejszym niż Brown. Brexit został uznany za politycznie najbardziej skomplikowane przedsięwzięcie w brytyjskiej polityce od kryzysu sueskiego. May chce też wdrożyć własną wizję przyjaznej klasie robotniczej Wielkiej Brytanii. Jedno i drugie wymaga ogromu pracy rządu i urzędników. Według współpracowników premier Theresa May lubi sprawować nad wszystkim kontrolę i – zupełnie jak Brown – przedkłada ciężką pracę nad zabiegi PR-owskie. Choć więc wiele osób twierdzi, że nadchodzi świetny czas na ogłoszenia wyborów, dla premier May może to nie być tak oczywiste.

Jeśli jednak premier zdecyduje się czekać do ustawowego roku 2020, czy jest skazana na porażkę w stylu Browna? Niekoniecznie. Głównie dlatego że na lewicy brak reformatora, którym pod koniec pierwszej dekady XXI wieku okazał się u konserwatystów Cameron. Ponowny wybór Corbyna sugeruje, że labourzystom coraz trudniej będzie się dogadać. Co więcej w parlamencie czeka do ratyfikacji ustawa o nowych granicach okręgów wyborczych, która może wejść w życie najszybciej w 2018 roku, i która zadziała na korzyść konserwatystów. Ponadto im dłużej May kontynuuje prawicowa retorykę w style UKIP, tym bardziej osłabia partię Nigela Farage’a. Niewykluczone więc, że dzisiejsza potencjalnie korzystna dla niej sytuacja w przyszłości będzie jeszcze korzystniejsza.

Premier May jest bardzo ostrożna w medialnych wypowiedziach, za mało też jeszcze wiemy o tym jak radzi sobie z presją i stresami nowej roli. Wiele zależy więc od sytuacji w najbliższych miesiącach: po pierwsze od wyniku apelacji w sprawie prawa do uruchomienia artykułu 50, a także od podejścia rządu do konsultowania strategii negocjacji UE z parlamentem. Po drugie od umiejętności utrzymania dyscypliny we własnych kręgach i wreszcie od reakcji wyborców w wyborach uzupełniających i najprawdopodobniej wyników badań sondażowych, które jak zawsze prowadzi lord Ashcroft. May odrobiła lekcje Camerona – nie obiecuje zanim nie będzie pewna, że może coś dać. Najprawdopodobniej nie obce są jej też wnioski z doświadczeń Gordona Browna.

220 More posts in Polityka w UK category
Recommended for you
(naprawdę) Ping Pong – brexitowy blog polityczny (4)

13 czerwca 2018 To jest PingPong – brexitowy blog polityczny (i oficjalna nazwa części procesu...