Should I stay or should I go? – relacje Wielkiej Brytanii z Europą u progu referendum

Już najbliższy czwartek, 23 czerwca, może być przełomową datą w historii losów Zjednoczonego Królestwa. Tego dnia Brytyjczycy pójdą do urn wyborczych odpowiedzieć na pytanie: pozostać czy opuścić Unię Europejską? Dziś, na kilka dni przed głosowaniem, politycy, media, biznesmeni i ekonomiści z całej Europy podejmują się analizy zysków i strat zarówno członkostwa UK w projekcie integracji europejskiej, jak i skutków związanych z ewentualnym opuszczeniem jej struktur. Jak pokazują jednak sondaże opinii publicznej, to nie dane i prognozy kierują decyzjami wyborców, a emocje i specyficzny zbiór brytyjskich wartości, które wciąż mają kluczowe znaczenie dla obywateli ojczyzny Szekspira, Beatlesów i Churchilla.

Poniższy tekst przedstawi zatem historyczny zarys relacji Wielkiej Brytanii ze Wspólnotą Europejską, spojrzy za kulisy decyzji o rozpisaniu tego referendum, oraz zaprezentuje najważniejsze argumenty i idee, na których obie strony zbudowały swoje kampanie referendalne. Na koniec podjęta zostanie analiza samej kampanii, sondażowych trendów i kluczowych postaci, które odgrywają role w dramacie zdającym się zapierać dech w piersiach przywódcom całego świata.

Geneza eurosceptycyzu – od idei Churchilla do pierwszego unijnego referendum

Większość dziennikarzy podejmujących się stworzenia historycznego rysu brytyjsko-europejskiej kooperacji wskazuje na rok 1973 jako jej początek, z uwagi na decyzję konserwatywnego rządu Eda Heatha o przystąpieniu do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Aby jednak w pełni zrozumieć historię tych relacji, należy cofnąć się do 1945 roku i powojennych ustaleń, w których Wielka Brytania odgrywała pierwszorzędną rolę. Do dziś przecież w Brukseli. sercu unijnej polityki, wśród najważniejszych ideowych twórców integracji europejskiej wymienia się sir Winstona Churchilla i jego słynny cytat z wykładu na Uniwersytecie w Zurychu: „Powinniśmy zbudować coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy. To w tym duchu zwracam się do Was słowami: Europo, obudź się!”.

Za pomocą tego cytatu zwolennicy integracji europejskiej przekonują o intencjach byłego premiera Wielkiej Brytanii, uznanego w 2002 roku przez swoich rodaków za najwybitniejszego Brytyjczyka w historii w badaniu telewizji BBC. Ludzie ci zapominają jednak o tym, jak bardzo sir Winston był przekonany o wyjątkowości swojej ojczyzny, jej specyfice i roli łącznika między USA, Brytyjską Wspólnotą Narodów, a wspomnianą Zjednoczoną Europą. Sam Churchill w swoim wyjątkowym stylu ujął to takimi słowami: Brytania mając do wyboru Europę lub morze, powinna wybrać morze. W tym miejscu warto również zaznaczyć, że o ile Churchill uznawany jest za jednego z ojców założycieli Rady Europy, a traktat o jej utworzeniu podpisany został przez ówczesnego premiera Clementa Atlee w Londynie, o tyle w rozmowach o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali w Paryżu Wielka Brytania nie zdecydowała się nawet wziąć udziału. Podsumowując więc, Brytyjczycy widzieli powojenną przyszłość Europy jako zjednoczoną politycznie i gospodarczo kontynentalną Europę wspieraną przez Wielką Brytanię łączącą ją ze Wspólnotą Narodów i Stanami Zjednoczonymi.

Powojenne lata w brytyjskiej polityce międzynarodowej to długi okres transformacji związany z powolnym rozpadem Imperium Brytyjskiego. Niemal wszyscy premierzy Wielkiej Brytanii do Edwarda Heatha podzielali opinię Churchilla na temat roli UK w świecie, toteż skoncentrowani byli na współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w konfliktach zbrojnych i wojnach domowych na całym świecie, także na terenach swojego byłego Imperium.

W 1961 roku Harold Macmillan co prawda złożył oficjalną aplikację ws. członkostwa w EWG, jednakże postawiony przed francuskim żądaniem ujawnienia amerykańskich sekretów atomowych, wybrał lojalność wobec USA kosztem Europy, w wyniku czego ich udział w gospodarczej współpracy z Europą aż do roku 1973 był wetowany przez Francję. Kiedy w końcu Brytyjczycy dołączyli do wspólnego obszaru gospodarczego, Edward Heath przegrał wybory, a jego następca Harold Wilson, przeciwnik bliższej współpracy z Europą, zwołał pierwsze w historii kraju referendum ws. dalszego członkostwa UK w strukturach EWG. Strony debaty byłyby w dzisiejszej polityce nie do uwierzenia, gdyż po stronie proeuropejskiej murem stała Partia Konserwatywna na czele z liderką opozycji Margaret Thatcher, a po stronie przeciwnej gospodarczej współpracy z kontynentem Partia Pracy. Referendum zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem proeuropejskiej frakcji, stosunkiem głosów 67%-33%, jednak pewne kwestie, takie jak suwerenność i nadrzędna władza parlamentu westminsterskiego nad europejskimi regulacjami, tak często używane w dzisiejszej debacie, mają swe korzenie właśnie w tamtej kampanii.

Thatcher i Blair – dwie wizje Europy

Wygrana konserwatystów i nominacja Margaret Thatcher na premiera 3 maja 1979 roku wyznaczyła początek nowej ery w relacjach Wspólnoty Europejskiej z Wielką Brytanią. Do tej chwili Zjednoczone Królestwo pogrążone było w strukturalnym kryzysie gospodarczym i paraliżu społecznym, przez co zasłużyło sobie na miano „chorego człowieka Europy”. W porównaniu do świetnie prosperujących Niemiec czy Francji, Brytyjczycy mogli jedynie z zazdrością patrzeć i z pokorą godzić się na warunki dyktowane przez silniejszych partnerów. Radykalne reformy pierwszej kobiety-premier w Europie szybko pozwoliły UK znaleźć własną drogę do sukcesów gospodarczych, a polityczny romans Ronalda Reagana i Margaret Thatcher znów wyniósł Zjednoczone Królestwo do rangi potęgi w polityce międzynarodowej, z którą każdy musi się liczyć. Od tej chwili zatem najdłużej sprawująca swój urząd w powojennej historii Wielkiej Brytanii premier miała szansę z pozycji równorzędnego partnera negocjować warunki wspólnego budżetu, ale też kształtować swoją wizję przyszłej współpracy. To właśnie Żelazna Dama była tym brytyjskim premierem, który pozostawił największy ślad w historii udziału UK w integracji europejskiej. Pięcioletnie negocjacje w sprawie uzyskania brytyjskiego rabatu, czyli ulgi z obliczonego przy akcesji wkładu do wspólnej kasy do dziś owiane są legendami o nieugiętości i upartości brytyjskiej premier. Sam rabat wciąż obowiązuje, mimo tego, że struktura wspólnego budżetu europejskiego przeszła spore zmiany i nie składa się już w 70% ze Wspólnej Polityki Rolnej, z której Wielka Brytania korzysta w śladowych ilościach. Także jej sprzeciw wobec francuskiej wizji postępującej integracji politycznej, sformułowany w przemówieniu na uniwersytecie College of Europe w Brugii 20 września 1988 roku, jest do dziś alternatywną wizją Europy, wyznawaną przez uniosceptyków ze wszystkich stron Starego Kontynentu.

Jej gorący sprzeciw budziła także idea wspólnej waluty, której pierwszym krokiem było powiązanie kursu brytyjskiego funta z niemiecką marką. I chociaż jej sprzeciw wobec tego pomysłu kosztował ją stanowisko, od „Czarnej środy” w 1992 roku pomysł udziału Zjednoczonego Królestwa w strefie euro już nigdy nie spotkał się z entuzjazmem ze strony brytyjskiej opinii publicznej. W kluczowym dla formułowania się Unii Europejskiej okresie zatem, Wielka Brytania co prawda podpisała Traktat z Maastricht, jednak pozostała sceptyczna na zdecydowaną większość pomysłów francusko-niemieckiego tandemu na polityczne zacieśnienie współpracy.

Po prawie dwóch dekadach konserwatystów przyszedł czas na nowe otwarcie w brytyjskiej polityce, także zagranicznej, w postaci Nowej Partii Pracy i Tony’ego Blaira. Był to z pewnością największy entuzjasta integracji europejskiej wśród wszystkich powojennych brytyjskich przywódców. Dzięki temu, iż jego ideologia zakładała połączenie wolnorynkowych mechanizmów gospodarczych z państwem opiekuńczym oraz aktywną i internacjonalistyczną polityką międzynarodową, Tony Blair był popularny zarówno wśród europejskiej centroprawicy, jak i centrolewicy. Nawet jednak on, mimo deklaracji, nie wprowadził w Wielkiej Brytanii wspólnej waluty, ani nie przyłączył UK do strefy Schengen. Zgodził się za to na ograniczenie brytyjskiego rabatu o około 20% w trakcie negocjacji budżetu na lata 2007-2013.

Jak zatem widać, brytyjska opinia publiczna, ustami swoich przywódców, konsekwentnie od czasów powojennych stawia się niejako z boku postępującego procesu integracji europejskiej. Członkostwo w tym procesie przez wiele lat przynosiło Wielkiej Brytanii wiele ekonomicznych korzyści, głównie związanych z imigracją taniej siły roboczej z krajów byłego bloku wschodniego w 2004 roku (przede wszystkim z Polski). Jednak po wprowadzeniu Traktatu lizbońskiego i kryzysie gospodarczym, który pogrążył w chaosie i gospodarczej ruinie biedniejsze kraje członkowskie strefy euro, wiele z problemów piętrzących się od lat w umysłach i głowach Brytyjczyków odrodziło się z nową siłą, trafiając na podatny grunt.

Przede wszystkim, kryzys ujawnił problemy strukturalne Unii, które uniemożliwiają jej podjęcie zdecydowanych decyzji w strefie Euro. Ponadto, światło dzienne ujrzały rażące nieprawidłowości związane z procesem akcesyjnym i późniejszą kontrolą funkcjonowania poszczególnych państw w strefie euro. Co jednak najbardziej uderzyło brytyjską opinię publiczną, to antydemokratyczny sposób, w jaki wymuszano na państwach członkowskich zaproponowane przez Komisję Europejską, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny (tzw. Troika) reformy, czasem niezwykle dotkliwe dla mieszkańców dotkniętych państw, które stanowiły warunek do uzyskania przez nie pożyczki niezbędnej do ucieczki przed wizją bankructwa.

Wymuszanie zmiany rządów, ignorowanie woli wyborców czy rekwirowanie pieniędzy z prywatnych kont bankowych zwróciły uwagę opinii publicznej na aspekt braku demokratycznej odpowiedzialności unijnych komisarzy i instytucji, element stojący w skrajnej sprzeczności z brytyjskimi tradycjami jako kolebki europejskiej demokracji. Na fali tego rozczarowania prounijna Partia Pracy w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku zajęła dopiero 3 miejsce, za konserwatystami i Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (Ukip), prawicowo-populistycznym ugrupowaniem charyzmatycznego byłego brokera Londyńskiej Giełdy Towarowej i weterana europejskich uniosceptyków, Nigela Farage’a. Rok później, po wyborach parlamentarnych, Konserwatyści, w szeregach których znajduje się wielu posłów zagorzale i konsekwentnie walczących o wyjście z Unii Europejskiej, utworzyli koalicję wraz z Liberalnymi Demokratami i przejęli władzę w szczycie europejskiego kryzysu.

Cameron przejmuje stery 

Premier David Cameron jest nietypowym przywódcą Partii Konserwatywnej. Obejmując funkcję w 2005 roku zadeklarował, że jego Partia Konserwatywna będzie odpowiedzialna społecznie i nie będzie obniżać podatków, a jedynie je upraszczać i spłycać. Jednocześnie jest zwolennikiem polityki proekologicznej, praw środowisk LGBT i dużych wydatków na rzecz walki z biedą i ubóstwem w krajach Trzeciego Świata. Sam Cameron deklaruje się jako Konserwatysta Jednego Narodu (tzw. one-nation conservatism). Takie poglądy plasują go po lewej stronie politycznej rzeczywistości swojej partii, dlatego od samego początku swojego przywództwa stara się co jakiś czas zadowalać prawe skrzydło Konserwatystów uniosceptycznymi gestami.

Pierwszym z nich, jeszcze za czasów opozycji, było opuszczenie struktur Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim i założenie własnej frakcji, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, która sceptycznie patrzy na pomysły federalizacji Europy i stara się kreować na europejskich realistów, którzy rozumieją potrzebę wspólnego rozwiązywania problemów, ale apelują o pragmatyczność w trakcie tego procesu, czyli brak ideowej motywacji, czy to federalistycznej, czy to separatystycznej. Już po objęciu stanowiska szefa rządu, aby zyskać przychylność prawicowych frakcji, podejmował kolejne decyzje kreujące go na twardego przeciwnika europejskiego pędu ku federalizacji – zawetował Pakt Fiskalny i przeprowadził przez parlament ustawę, która nie pozwala na przyjęcie nowych (ani zmiany istniejących) traktatów europejskich bez zgody obywateli wyrażonej w referendum. Trzeba jednak pamiętać, iż ówczesny partner koalicyjny, Liberalni Demokraci, to gorący zwolennicy pogłębiania europejskiej integracji, zatem każdy taki ruch był trudny do realizacji.

W 2013 roku, wobec rosnącej presji swojej własnej partii i popularności Ukipu, w londyńskiej siedzibie Bloomberga Cameron przedstawił swoją wizję przyszłości Europy, w sporej części opartej o program Thatcher z 1988 roku, a także zadeklarował oddanie głosu obywatelom w sprawie ich dalszego członkostwa w Unii przed końcem 2017 roku, jeśli Konserwatyści uzyskają parlamentarną, samodzielną większość w kolejnych wyborach. Jako, że sondaże wskazywały na nikłe prawdopodobieństwo samodzielnych rządów konserwatystów po kolejnych wyborach, popularność Ukipu rosła, co doprowadziło do ich wyborczego zwycięstwa w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku (pierwszy przypadek od 1910 roku, kiedy żadna z 2 największych partii nie wygrywa ogólnokrajowych wyborów), a rozczarowanie wśród najzagorzalszych parlamentarnych członków Bruges Group poskutkowało głośnymi transferami Douglasa Carswella i Marka Recklessa do Ukipu. Kiedy jednak zaskakujący rezultat wyborów z 7 maja 2015 roku dał Konserwatystom bezwzględną większość, stało się jasne, że Premier Cameron zmuszony będzie, niezależnie od swej prawdziwej woli politycznej, przeprowadzić referendum o dalszym członkostwie UK w Unii Europejskiej. Ze względu na wybory lokalne, które odbyły się 5 maja, referendum zostało wyznaczone na 23 czerwca 2016, aby zminimalizować konflikt kampanii wyborczych.

Kiedy podczas lutowego szczytu Unii Europejskiej David Cameron negocjował nowe warunki członkostwa UK, którymi przekonywać później będzie swoich rodaków do pozostania we Wspólnocie, zapewne był świadom, że ten zbiór obietnic i technicznych korekt nie przekona najzacieklejszych przeciwników integracji. Zapewnienia o wyłączeniu Wielkiej Brytanii z coraz ściślejszej integracji politycznej, zagwarantowanie równorzędnego traktowania państw będących poza strefą euro (wraz z zapewnieniem, że Wielka Brytania nigdy nie będzie jej członkiem), ograniczenia dotyczące systemu świadczeń socjalnych dla imigrantów i możliwość blokowania unijnej legislacji przy sprzeciwie większości parlamentów państw członkowskich to wynik negocjacji, który zadowolił niewielką grupę dotychczas niezdecydowanych. W kwietniu, kiedy oficjalnie zdecydował się rekomendować Brytyjczykom pozostanie w UE okazało się, że jego własny gabinet będzie podzielony, a liderem ruchu na rzecz wyjścia ze Wspólnoty będzie jego kolega ze studiów w Oxfordzie, ustępujący burmistrz Londynu i jeden z najbardziej lubianych i charyzmatycznych polityków, Boris Johnson. W tym momencie stało się jasne, że nadzieje o łatwej kampanii premier UK mógł włożyć między bajki.

Stronger in czy better off out?

Na początku kwietnia ruszyła kampania referendalna, i bardzo szybko zarysowała się oś sporu pomiędzy stronami. Kampania „Britain Stronger in Europe” koncentrowała się na wskazywaniu ekonomicznych i dyplomatycznych korzyści wynikających z członkostwa w największej strefie wolnego handlu na świecie. Premier Cameron zdołał namówić do poparcia swojej sprawy prezydenta Baracka Obamę i innych światowych przywódców, wraz z ekonomistami Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i OECD, i rodzimych instytucji, licząc na to, iż przedstawiając swoim obywatelom opinie ekspertów, nabierze wiarygodności i przedstawi drugą stronę jako niebezpiecznych marzycieli budujących utopijne wizje, za którymi nie stoi żaden niezależny specjalista.

Vote Leave, oficjalna kampania na rzecz wyjścia, zdecydowała się odwoływać do argumentów patriotycznych i demokratycznych. Hasłem przewodnim ich kampanii jest „take back control”, mające odwoływać się zarówno do odzyskania prawa do samodzielnego decydowania o swoim losie zamiast instytucji w Brukseli i unijnych urzędników, jak i do odzyskania pełnej kontroli nad 350 milionami funtów tygodniowo dziś pozostającymi pod kontrolą Brukseli.

W trakcie kampanii strona Remain wskazywała na zagrożenia wiążące się z możliwością opuszczenia Unii Europejskiej, czyli dokonania czegoś, czego żaden kraj jeszcze nie dokonał. Światowy kryzys gospodarczy, zagrożenie konfliktami zbrojnymi w Europie, opuszczenie Wielkiej Brytanii przez największych pracodawców i sektor finansowy, przynoszący tak wiele przychodów budżetowi Zjednoczonego Królestwa – to tylko kilka ze scenariuszy przedstawianych przez premiera i innych zwolenników jego obozu jako możliwe następstwa wyjścia ze wspólnoty. Ponadto zarzucali oni stronie przeciwnej kłamstwa i półprawdy, głównie związane ze wspomnianą kwotą 350 mln funtów tygodniowo (nie uwzględnia ona rabatu, ani pieniędzy, które wracają do Wielkiej Brytanii w formie funduszy unijnych) oraz ideą zwiększenia suwerenności i niepodległości, jako przestarzałym cnotom nie pasującym do dzisiejszych czasów, kiedy wiele kwestii trzeba rozwiązywać na szczeblu międzynarodowym, a czasem i światowym.

Leave natomiast zbudowało pozytywny obraz Wielkiej Brytanii poza Unią Europejską, w której dzięki oszczędnościom związanym z brakiem konieczności opłacenia składki członkowskiej znacznie lepiej wyglądać będzie publiczna opieka zdrowotna, będzie można obniżyć podatki i zacieśnić współpracę z państwami Wspólnoty Narodów. Ważnym aspektem jest również pełna kontrola nad imigracją i zakończenie dyskryminacji osób spoza UE w tym zakresie poprzez wprowadzenie systemu punktowego na wzór rozwiązania australijskiego. W odpowiedzi na zarzuty o brak uwiarygodnienia swoich tez przez niezależnych ekspertów ekonomicznych czy politycznych, Leave argumentowało, że ci sami eksperci na początku wieku przekonywali o konieczności wstąpienia do strefy euro i o jej zbawiennych skutkach dla gospodarki i prosperity. Skoro pomylili się wtedy, to, zdaniem Borisa Johnsona czy ministra sprawiedliwości Michaela Gove’a, dyskwalifikuje to ich wiarygodność także dzisiaj. Tak zdecydowanie jednostronne poparcie przez światowe elity polityczno-ekonomiczne pozwoliło Leave zbudować także narrację tego referendum jako starcia zwykłych ludzi z elitami.

Pomimo 10 tygodni trwania kampanii obydwu stronom nie udało się postawić nowych, znaczących argumentów w toku kampanii jednak dało się zauważyć, jak sondaże zbliżały do siebie obie strony. Dziś, na 4 dni przed głosowaniem, różnice pomiędzy Remain a Leave mieszczą się w granicy błędu statystycznego.

Referendum – kluczowe dla UK, kluczowe dla przyszłości Unii

Wynik referendum może przynieść nie tylko pierwsze w historii opuszczenie struktur Unii Europejskiej przez całe państwo, ale też zmiany na czele brytyjskiej Partii Konserwatywnej, a w konsekwencji także na czele Rządu Jej Królewskiej Mości. Boris Johnson od kilku lat upatrywany jest na następcę swojego uczelnianego kolegi, a biorąc pod uwagę jego uniosceptyzm i bardziej konserwatywne wartości, bliżej mu do ideologicznego centrum swojej partii niż Cameronowi. Ponadto polaryzacja sceny politycznej, przejawiająca się w kilkunastoprocentowym poparciu dla Ukipu i sukcesie w walce o przywództwo w konkurencyjnej Partii Pracy ideologicznego socjalisty odchodzącego od idei New Labour Jeremy’ego Corbyna pokazuje, że przejście na prawą stronę znów może prędzej przynieść sukces wyborczy w 2020 roku niż centrowy pragmatyzm.

Niezależnie jednak od tego, kampania referendalna rzuciła światło na problemy społeczne i ekonomiczne ignorowane w trakcie kampanii wyborczych do parlamentu. Ludzi niepokoi wpływ dużej imigracji na stan ich świadczeń społecznych i rynek pracy, poczucie ignorowania przez władze wzrasta i poszukuje swojego ujścia, pojęcia takie jak suwerenność, samostanowienie czy demokracja ciągle są bardzo ważne, szczególnie dla starszych ludzi. Co ciekawe, tradycyjne elektoraty dwóch największych partii, a więc demokratyczni socjaliści i konserwatywni zwolennicy wolnego rynku, pójdą w najbliższy czwartek oddać swój głos na tę samą opcję – Leave. Tym pierwszym nie podoba się deficyt demokracji w strukturach europejskich i obawiają się złego wpływu międzynarodowego porozumienia TTIP na system opieki zdrowotnej i prawa związkowe. Ci drudzy z kolei protestują przeciwko oddawaniu po kawałku brytyjskiej suwerenności, zwierzchnictwa prawa europejskiego nad prawem krajowym oraz wizją federalizacji Unii. Niepokoi ich również nieudolność komisarzy europejskich przy negocjowaniu międzynarodowych umów handlowych, protekcjonizm i nadmierna legislacja.

Niezależnie więc od wyniku tego referendum, najprawdopodobniej oglądamy zmierzch centrowej polityki w Wielkiej Brytanii, zapoczątkowanej w 1997 roku. Następne wybory mogą być starciem staroświeckiej lewicy i prawicy, sięgających do swojego podstawowego elektoratu, i to nie tylko w Zjednoczonym Królestwie, ale i w całej Europie. A wtedy kierunek europejskiego projektu będzie musiał się zmienić i dostosować do jej nowych twórców. Prawdziwą bowiem batalią w tym referendum nie jest członkostwo UK w Unii, ale jej polityka i wizja przyszłości. Nie stworzono nowego obrazu Europy od czasów Jacquesa Delorsa i Margaret Thatcher, a przecież świat zmienił się nie do poznania. Mimo indywidualizacji globalnego społeczeństwa, gdy pojawił się kryzys, ujawniła się narodowa solidarność i niechęć do europejskiej unifikacji. Z dniem, kiedy Unia Europejska porzuci ideologię Stanów Zjednoczonych Europy, a otworzy obywatelską debatę na temat jej kierunku i zacznie rozwiązywać realne problemy za pomocą współpracy i wzajemnego zrozumienia, rozpocznie się nowy rozdział w historii europejskiej kooperacji. Zanim jednak to nastąpi, w czwartkowy wieczór warto z entuzjazmem spojrzeć na brytyjskie święto demokracji i postarać się zrozumieć obywateli tego niezwykle zasłużonego dla historii Europy państwa, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmą.

Tekst pochodzi z bloga Forum Młodych Dyplomatów.

Dodaj komentarz

42 More posts in Brexit_opinie category
Recommended for you
PingPong (7) – Ultrabrexitowcy zmuszają rząd do zaostrzenia kursu

16 lipca 2018 To jest PingPong - brexitowy blog polityczny Parlament w trzecim czytaniu przyjął...