Ping Pong i brexitowa dywidenda – brexitowy blog polityczny (5)

17 czerwca 2018

To jest PingPong – brexitowy blog polityczny

Dodatkowe 20 mld funtów na NHS to z PR-owego punktu widzenia potencjalnie przełomowy moment w wewnętrznych rozgrywkach ws brexitu. Czego można nie lubić w planie dofinansowania służby zdrowia wymęczonej przez austerity z pieniędzy, które Londyn odzyska z Brukseli po brexicie? Oczywiście poza tym, że tak naprawdę żadnej brexitowej dywidendy na horyzoncie na razie nie ma, a UK jesienią czeka za to najprawdopodobniej zapowiedź wzrostu podatków. Oto fakty i spekulacje z trzech ostatnich dni:

W poniedziałek do Izby Lordów wraca po raz drugi projekt ustawy o wystąpieniu z UE. Oczy wszystkich zwrócone będą na dwie poprawki w sprawie ‚meaningful vote’. Jedna to tekst rządowy, druga to poprawka autorstwa Dominica Grieve’a. Premier May miała w czwartek ustalić z Grievem treść poprawki na temat roli parlamentu w przypadku, gdyby UK i UE nie wypracowały porozumienia o wystąpieniu ze wspólnoty lub gdyby brytyjski parlament to porozumienie odrzucił. Według remainersów do porozumienia rzeczywiście doszło. Gdy jednak rząd zgłosił rzekomo kompromisowy tekst okazało się, że brakuje tam kluczowych dla nich elementów. Jeden z lordów zapobiegliwie zgłosił jednak wcześniej poprawkę identyczną w treści z propozycją zmian, którą Grieve i remainersi straszyli rząd we wtorek. Biorąc pod uwagę skład Izby Lordów, trzeba liczyć się z tym, że poprawka Grieva’a przejdzie i w środę w izbie Gmin czeka nas identyczna batalia jak tydzień temu. Tym razem jednak rząd ma dużo większe szanse przegrać.

A o co chodzi w praktyce? Jak tłumaczyła w programie Week in Westminster Antoinette Sandbach konflikt dotyczy ewentualnych działań w lutym 2019, czyli miesiąc przed wystąpieniem z UE: „Chodzi nam o to, żeby parlament mógł wyrazić swoje zdanie, jeśli do lutego nie będzie porozumienia między UK i UE lub parlament je odrzuci. Zamiast tego zgłoszono inną poprawkę, która umożliwia rządowi zgłoszenie własnego wniosku bez możliwości wprowadzenia zmian. Odbyłoby się jedynie głosowanie, umożliwiające przyjęcie przez parlament wniosku o treści, że sprawa została rozpatrzona. To absurdalne.” Grieve, Soubry i Sandbach chcą „głosowania o charakterze doradczym”, które pozwoliłoby parlamentowi wyrazić swojej zdanie na temat dalszych kroków. Uważają, że dzięki temu parlament zapobiegnie chaosowi jaki niesie ich zdaniem opcja no deal.

Z kolei według Roberta Bucklanda, zastępcy prokuratora generalnego, nawet głosowanie o charakterze doradczym „może mieć ogromną moc polityczną” i „w pewnych kontekstach okazać się wiążące”. Robert Buckland pokreślił, że rząd nie zgodzi się na otwarcie opcji prowadzącej do odwrócenia wyniku referendum, ani „związania rządowi rąk” w czasie negocjacji. W Sunday Politics powiedział wprost, że UE nie może myśleć, że to brytyjski parlament jest arbitrem tych negocjacji i nie można wysyłać UE sygnału, że nie ma opcji no deal.

Skutkiem działań rządu jest póki co nadszarpnięcie zaufania remainersów, którym PM według Sandbach złożyła osobistą obietnicę załatwienia sprawy po ich myśli. Z drugiej strony wiele osób podkreśla, że kłótnie o to co ma zrobić parlament, jeśli nie będzie do lutego porozumienia UK z UE, nie mają sensu. Typowany na kandydata do zastąpienie May szef parlamentarnej komisji spraw zagranicznych Tom Tugendhat powiedział bez ogródek „jeśli nie będzie porozumienia, to będziemy szukać nowego rządu.”

Coraz więcej prawicowych komentatorów podkreśla też, że to wobec brexitowcow rząd stosuje taktykę salami, odcinając plasterek po plasterku ich czerwone linie ws brexitu. Nawet Suella Braverman z ERG, obecnie wiceminister w DExEU przyznała w programie Sophy Ridge, że postbrexitowa polityka migracyjna będzie częścią negocjacji z UE i niewykluczone, że obywatele UE będą traktowani preferencyjnie. Takich słów na pewno nie wypowiedziałaby kilka miesięcy temu z tylnych ław. To ona wcześniej bez powodzenia walczyła o to, by UK nie godziło się na rachunek rozwodowy z UE, by nie było okresu przejściowego, a jeśli już to bez swobodnego przepływu osób, a jeśli już to bez dawania obywatelom UE, którzy przyjadą do UK do końca okresu przejściowego prawa ubiegania się o status osoby osiedlonej.

Brexitowcowy dostali jednak w zamian coś innego i to od samej premier. „Brexitowa dywidenda” ma sfinansować część ogromnego zastrzyku finansowego, który rząd zaaplikuje publicznej służbie zdrowia przez następne 10 lat. W programie Andrew Marra May powołała się na słynny czerwony autobus, który w kampanii referendalnej reklamował 350 mln tygodniowo na NHS, jeśli UK wyjdzie z UE.  Premier zapowiedziała, że do roku 2023/2024 rząd będzie przeznaczał na NHS 650 dodatkowych milionów funtów tygodniowo. Premier wywołała tym lawinę krytyki ze strony naukowców i dziennikarzy, którzy po pierwsze mają jej za złe przywoływanie kontrowersyjnego i nieprawdziwego hasła, które mogło w referendum przechylić szalę zwycięstwa na rzecz Leave, a po drugie przypominają, że w świetle obecnych ustaleń UK długo jeszcze będzie płacić przynajmniej częściowe składki do UE, a niekoniecznie cieszyć się z jakichkolwiek zysków z brexitu.

Dla zwolenników faktów brutalna prawda jest jednak taka, że May mogła PR-owo trafić w 10-tkę. Tak jak czerwony autobus, tak i okładki niedzielnych gazet większości Brytyjczykom mogą przedstawić prosty i jasny – choć niekoniecznie prawdziwy – przekaz, że wreszcie coś z tego brexitu się zmaterializowało. Mało kto usiądzie i przeanalizuje, czy to prawda. Ponadto Partia Pracy póki co może zarzucić rządowy jedynie podkradnięcie własnego pomysłu. Zastrzyk finansowy świetnie podział na sondaże Labour na początku tego stulecia. Zobaczymy jak społeczeństwo w sondażach odpowie konserwatystom. Do jesieni, gdy kanclerz przedstawi zapewne realniejsze spojrzenie na sfinansowanie pomysłu, politycznej wody upłynie jeszcze bardzo dużo.

Do tego Sam Coates z the Times sugeruje, że to ruch, który pozwoli brexitowców chwalić się w mediach społecznościowych spełnionymi obietnicami, a po cichu przełknąć inne ustępstwa. Coates sugeruje, że UK odpuści jeszcze bardzo wiele, żeby 28 czerwca na szczycie Rady Europejskiej doszło do jakiegoś przełomu w negocjacjach.

Z innych wieści:

Bardzo negatywny spin próbowały rozkręcić niektóre media wokół muzyczno-festiwalowego wydarzeń organizowanego przez Partię Pracy. Z małym powodzeniem. Bo choć nie było dzikich tłumów, to na LabourLive przy muzyce i polityce bawiło się wielu bardzo młodych ludzi i znów było słychać „Oh, Jeremy Corbyn”. Dużo wyobraźni trzeba by, że zobaczyć podobne wydarzenie w barwach Partii Konserwatywnej. Tak podsumował festiwal Kuba Stawiski, sekretarz Młodych Fabian: „Pomysł trafiony. Chodzi o to, żeby wpisać poparcie dla Partii Pracy w kod kulturowy naszego pokolenia. Żeby Partia Pracy była czymś więcej niż partią polityczną, stałą się ruchem społecznym, który odzwierciedla nie tylko potrzeby, ale zainteresowania i aspiracje ludzi młodych. Nie był to Glastonbury czy, zawsze świetny, nasz polski Przystanek Woodstock, ale fajny pomysł i coś, co, mam nadzieję, będzie można jeszcze ulepszyć. I może za rok wyłuska partia trochę kasy i wystąpi Stormzy.”

Młodzi ludzie to na pewno silny punkt Labour, brexit niekoniecznie. Emily Thornberry potwierdziła, że część partii chce pozostania w EOG-u, ale kierownictwo stoi na stanowisku, że trzeba wprowadzić zmiany w polityce migracyjnej, więc opcja norweska, wymuszająca utrzymanie swobodnego przepływu osób odpada. Powodów do obaw dostarczają tez wyborcy. Labour obroniło w czwartek mandat w wyborach uzupełniających w Lewisham East, ale ze znacznie mniejsza przewagą niż w 2017.

52 More posts in Brexit_opinie category
Recommended for you
Brexit Brief 18: Głosowanie odłożone

- May odkłada głosowanie umowy brexitu w parlamencie - May wygrywa głosowanie wotum nieufności, ale...