Nowa premier mówi w prawo zwrot?

Theresa May miała być kontynuatorką polityki Davida Camerona. Nominacje na kluczowe stanowiska w jej gabinecie pokazują jednak przesunięcie w prawo. W nowym rządzie znaleźli się zwolennicy globalnej Brytanii, zapowiada się też odejście od austerity w stronę socjalnej polityki gospodarczej i konserwatyzmu dla klasy pracującej.

„Brexit oznacza Brexit” powiedziała nowa premier i póki co więcej się od niej w kwestii nowych relacji z UE nie dowiedzieliśmy. Jak zauważył w podsłuchanej w studio Sky rozmowie Ken Clarke, były kanclerz Margaret Thatcher, May koncentrowała się przez ostatnie lata na swoim ministerstwie i niewiele wie o polityce międzynarodowej. Ma jednak zarówno wizję jak i zasługi na polu krajowym, którym zajmowała się od sześciu lat, i to na tym na razie buduje swoją pozycję.

Jednym z trzech głównych celów nowej premier jest utrzymanie jedności kraju zarówno w wymiarze politycznym – jedność Zjednoczonego Królestwa – jak i społecznym. Niesprawiedliwość społeczna według May wyraża się dziś przede wszystkim w niepewności zachowania miejsca pracy, obawach o rosnące raty kredytu hipotecznego, koszty życia, jakość edukacji. „Radykalny” program reform społecznych, zgodny z wizją One Nation, ma według niej przynieść zmiany w sposobie myślenia o gospodarce, społeczeństwie i demokracji. Konserwatyzm to jej zdaniem znacznie więcej niż indywidualizm i m.in. dlatego chce przywrócenia jednej z najstarszych jej zdaniem zasad konserwatyzmu: umowy między pokoleniami.

W jednym z przemówień w kampanii mówiła: „wierzymy w kapitalizm i wolny rynek, ale gdy nie pomaga w tworzenia szans i możliwości, gdy społeczeństwo traci do niego zaufanie, dochodzi do nadużyć władzy, trzeba go zreformować.” May powiedziała także, że czasem jedynie państwo potrafi stworzyć odpowiednie rozwiązania, dlatego jego rola w społeczeństwie powinna być niewielka, ale znacząca. Jej hasło to „państwo, które służy wszystkim”.

Za założeniami stoją osiągnięcia nowej premier z okresu sześcioletniego sprawowania urzędu ministra spraw wewnętrznych: spadek przestępczości do najniższego poziomu od czasu prowadzenia rejestrów, najniższa liczba zatrzymań i przeszukań, doprowadzone do końca słynne śledztwa, m.in. morderstwo na tle rasowym Stephena Lawrence’ a i przywrócenie dobrego imienia ofiarom tragedii na stadionie Hillsborough, ustawa o współczesnym niewolnictwie Modern Slavery Act, zatrzymanie ekstradycji Gary’ego McKinnona do USA z jednej strony, a z drugiej umożliwienie ekstradycji nawołującego do przemocy kleryka Abu Qatady po negocjacjach prowadzonych przez May osobiście w Jordanii. Jej przeciwnicy powiedzą jednak, że to ona odpowiada za brak wypełnienia przez rząd najważniejszego postulatu – ograniczenia migracji netto do Wielkiej Brytanii do dziesiątków tysięcy.

I tu pojawia się problem na ten moment chyba najważniejszy z punktu widzenia przyszłych relacji Unii Europejskiej i UK. Theresa May powiedziała, że chce, aby Wielka Brytania zachowała bezcłowy dostęp do wolnego rynku, w tym do rynku usług, jednocześnie jednak stwierdzała, że chce mieć kontrolę nad tym kto do Wielkiej Brytanii wjeżdża z Europy. Unia Europejska z kolei mówi: ceną za dostęp do wolnego rynku jest akceptacja swobodnego przepływu osób. Zadanie kontroli imigracji otrzymała, o ironio, zwolenniczka Remain, znana m.in. z telewizyjnych debat, liberalna była minister ds. energii Amber Rudd, najważniejsze jednak w tej kwestii wydają się międzynarodowe negocjacje dotyczące przyszłych relacji UK i UE.

Za negocjacje brexitowe ma według pomysłu Theresy May odpowiadać nowy resort na czele z byłym ministrem ds. Europy Davidem Davisem, który w 2005 roku przegrał rywalizację o przywództwo w partii z Davidem Cameronem. Nie znamy jeszcze jego dokładnych kompetencji. Z zapowiedzi nowej premier możemy wnioskować tylko tyle, że nie uruchomi procesu wystąpienia z UE zanim Wielka Brytania nie wypracuje stanowiska negocjacyjnego.

Davis to jeden z czołowych brytyjskich eurosceptyków, nie przeciwników ogólnej idei UE, ale zwolenników poglądu, że Europę niszczy strategia pogłębiana integracji europejskiej, centralizacji i regulacji jako odpowiedzi na wszelkie problemy. Jeszcze kilka tygodni temu Davis mówił, że Cameron popełnił w negocjacjach strategiczny błąd – powinien był ogłosić referendum przed negocjacjami i dać Brytyjczykom wybór: albo obecny układ albo nowe porozumienie w przyszłości. Wtedy miałby zdaniem Davisa szanse wygrać referendum i otrzymać mandat wyborców do domagania się fundamentalnej reformy UE. Na marginesie, Davis stwierdził wtedy, że wolałby chyba pozostać w UE, jeśli Leave miałoby wygrać niewielka przewagę, przewidując, że oznacza to wewnętrzne problemy dla partii i kraju. Dziś nowy minister ds. Brexitu, tak jak premier May, jest zwolennikiem spokojnego przygotowania się do negocjacji z UE, dogłębnych konsultacji z Walią, Szkocją i Irlandią Północną oraz przedstawicielami biznesu i związków zawodowych przed uruchomieniem art. 50. Uważa, że UK powinna starać się o bezcłowy dostęp do wspólnego rynku, jest jednak zdecydowanym zwolennikiem ograniczenia imigracji.

Przy Downing Street od dwóch tygodni powstawała grupa pod kierunkiem Olivera Robbinsa, którego May zna dobrze z Home Office. Ten międzyresortowy zespół miał koordynować pracę urzędników służby cywilnej zaangażowanych w przygotowanie Brexitu, ponieważ dotychczasowa administracja twierdziła, że żadnych planów na wypadek przegranej w referendum nie miała. Robbins dostał zadanie skompletowanie zespołu do 9 września – bo wtedy dopiero w pierwotnej wersji na Downing Street miał wprowadzać się nowy premier. Już wtedy zanosiło się, że ten czas może nie starczyć, bo w UK brakuje kompetentnych urzędników. Być może Robbins będzie kontynuował swoje zdanie pod kierunkiem nowego ministra, być może zostanie permanent secretary w ministerstwie do spraw Brexitu, na pewno jednak główną rolę do czasu uruchomienia art. 50 będzie odgrywać Downing Street. Później zaś będziemy mieć do czynienia z ciekawa sytuacją rozbicia ośrodków tworzenia polityki zagranicznej: rola koordynująca lub przewodząca na Downing Street, finanse w rękach Tresury, negocjacje Brexitu w rękach nowego resortu Davisa, negocjacje handlowe w dyspozycji ministerstwa handlu (Liam Fox) i wreszcie nominalnie za sterami polityki zagranicznej FCO z Borisem Johnsonem.

Powierzenie roli ministra spraw zagranicznych Borisowi Johnsonowi niektórzy odebrali jako nagrodę, inni jako karę. FCO postrzegane jest w Londynie jako jedno z najbardziej proeuropejskich ministerstw, tracąc swoją agendę unijną na rzecz ministerstwa Brexitu i zapewne razem z nią także wielu urzędników FCO straci część prestiżu, będzie za to musiało włożyć dużo wysiłku w budowanie relacji dwustronnych w Europie, być może także porządnie doobsadzać swoje europejskie placówki. Tutaj potrzebny będzie dobry organizator, którym Johnson niekoniecznie jest. Bez wątpienia jednak ma wizerunek przebojowego globalnego gracza, jest rozpoznawalny i może być skuteczny na arenie międzynarodowej. Zanosi się jednak na wiele problemów, bo już nieraz w wypadach zagranicznych jako burmistrz Londynu sprawiał kłopoty protokolarne brytyjskiej dyplomacji.

Jego poprzednik Philip Hammond przeniósł się do Treasury. Przyłapanie konserwatywnych whipów – oficerów premiera mianowanych do pilnowania szeregowych parlamentarnych żołnierzy – na namawianiu posłów do glosowania na May miało być dowodem, że popiera ją były już kanclerz George Osborne. Pojawiały się spekulacje, że nowa premier zostawi go na stanowisku. Tak się jednak nie stało, mimo że jak pisze Financial Times, Osborne chciał w rządzie zostać. Czemu? Bo jak wspomniano na początku, nowy rząd, to rząd jedności, a jedność wymaga odcięcia się od dzielącej partię i naród polityki austerity. May zapowiedziała jeszcze przed wyborami, że jako premier nie zamierza utrzymać założenia stworzenia nadwyżki budżetowej do 2020 roku, co przy ostrej polityce fiskalnej zakładał plan Osborne’a. Nowa lokatorka na Downing Street być może trafnie odczytała wynik referendum nie tylko jako sprzeciw wobec Unii Europejskiej, ale także jako przekonanie rosnącej grupy ludzi, że sytuacja materialna nie spełnia ich oczekiwań i że polityka gospodarcza rządu idzie w złym kierunku.

Jednak pozbycie się Osborne’a – symboliczne w formie – może także okazać się symboliczne w treści. Jego następca Philip Hammond nie ma łatwego zdania, ponieważ – nawet jeśli długoterminowo Brexit ma przynieść UK korzyści gospodarcze – rząd musi najpierw ponieść koszty, związane np. z dostosowywaniem administracji do nowych realiów. Hammond, który przejął kilka lat temu stanowisko ministra spraw zagranicznych od Williama Hague, znany jest z biznesowego podejścia do gospodarki i ma być gwarancją utrzymania finansów publicznych w ryzach, a zarazem dbania o interesy City of London, z którym ma dobre relacje. Musi zdawać sobie jednak sprawę z tego, że ma zaledwie cztery miesiące na rozeznanie się w sytuacji i przygotowanie do Autumn Statement.

Dodaj komentarz

169 More posts in Highlight category
Recommended for you
SuperSobota 19 października w brytyjskiej Izbie Gmin

Przewodnik po porządku obrad, wnioskach, poprawkach i możliwych scenariuszach Nad czym będzie głosować w sobotę...