Brexit na emocjach – stan gry 35 dni do wyborów

Ogłaszając wybory, Theresa May o ponad miesiąc odsunęła początek oficjalnych negocjacji z UE. Nieoficjalnie jednak te negocjacje już trwają. Jednocześnie w sferze merytorycznej i emocjonalnej Brexit jest ważnym elementem kampanii wyborczej.

Wystąpienie UK z UE jest główną przyczyną wyborów – premier Theresa May ogłosiła je, żeby zdobyć większą przewagę w parlamencie, co na język wyborczy tłumaczy się: „żeby wzmocnić swoją pozycję w negocjacjach” – będzie więc stałym elementem, do którego będę odnosić się partyjne slogany, bilbordy i programy wyborcze, których treść poznamy między 8 a 15 maja.

W pierwszych dwóch tygodniach jeszcze nieoficjalnej kampanii na przeciwnych biegunach usytuowali się popierający Brexit konserwatyści i przeciwni mu libdemsi. Pozycja oficjalnej opozycji, czyli Partii Pracy nie jest jednoznaczna. Choć przedstawiła szczegółowy plan Brexitu, jej lider zapowiedział na początku kampanii, że chcą w centrum umieścić sprawy socjalne i politykę wewnętrzną, nie zagraniczną. Programy wyborcze powinny zebrać do tej pory luźno rzucane obietnice, a w przypadku Partii Konserwatywnej, wybrać z nich te, które staną się faktycznymi progami granicznymi, czerwonymi liniami, partii która najprawdopodobniej nadal będzie rządzić Wielką Brytanią po 8 czerwca.

Choć podziały w sprawie Unii Europejskiej nie pokryły się z tradycyjnymi elektoratami głównych partii, to kwestia Brexitu może być dla wyborców decydująca. Sondaże pokazują, że konserwatyści powiększają przewagę w sondażach głosami dotychczasowych wyborców UKIP-u i to zarówna na poziomie krajowym, jak i w poszczególnych okręgach. Do tego według badań WhatUKthinks profesora Johna Curtice’a wielu zwolenników pozostania w UE wśród wyborców Partii Konserwatywnej zagłosowało na remain na tyle niechętnie, że w tej chwili bez oporów przyjmuje perspektywę wyjścia z UE. Profesor Curtice uznaje, że w 2017 roku dojdzie do „kulminacji podróży Partii Konserwatywnej”, która w latach 70-tych wprowadziła UK do wspólnego europejskiego rynku, „do stania się przyczółkiem eurosceptycyzmu w Wielkiej Brytanii”.

Niezależnie od tego co dokładnie znajdzie się w partyjnych programach Brexit będzie rozgrywany na poziomie emocjonalnym. Partia Konserwatywna przekonuje wyborców, że tylko „silny i stabilny” rząd Theresy May – kampania skupiona jest wokół liderki, nie partii – zapewni sukces w brexitowych negocjacjach. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn nie wchodzi w tę retorykę – przekonamy się, czy słusznie, czy nie – ale o sile sloganu niech świadczy fakt, że Partia Liberalnych Demokratów nieoficjalnie startuje w tych wyborach jako kandydat na „silną i stabilną opozycję”. Pojedynek między Labour i Partią Konserwatywną jednoznacznie podsumowuje Keiran Pedly na blogu politicalbetting, pisząc, że wszystko co trzeba wiedzieć o tych wyborach zamyka się w zdaniu: „Wyborcy chcą, żeby to May negocjowała Brexit, a nie Corbyn.”

Unia „próbuje wpływać na wynik wyborów”

Kampania w Wielkiej Brytanii w pełni przebiega pod dyktando szefostwa Partii Konserwatywnej i zapewne prowadzi tę partię do zwycięstwa, więc May jednocześnie z kampanią prowadzi także nieoficjalne, choć publiczne, negocjacje z UE. Kilka godzin po oficjalnym rozwiązaniu parlamentu premier zdecydowała się poszerzyć pole kampanii o bezpośredni atak na Brukselę i bezprecedensowo oskarżyć „unijnych urzędników i polityków” o próbę wpłynięcia na wynik brytyjskich wyborów parlamentarnych.

Pretekstem/powodem stały się publikacje medialne odsłaniające kulisy środowego spotkania premier May i przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera, a także „zaostrzanie stanowiska” Unii Europejskiej. W rzeczywistości wyglądało to tak:

Po środowej kolacji premier May i przewodniczącego Komisji Jeana-Claude Junckera oraz ich zespołów na Downing Street pojawiły się jedynie oficjalne komunikaty o „pożytecznym spotkaniu”.  Jednak dzień później kanclerz Angela Merkel w przemówieniu w Bundestagu ostrzegła, że w Wielkiej Brytanii „niektórzy nadal mają iluzje co do Brexitu”. W sobotę UE szybko przyjęła ustalone wcześniej wytyczne negocjacji w sprawie Brexitu. A w niedzielę brytyjski Sunday Times i niemiecki Frankfurter Alegmaine Sonntagszeitung opublikowały szczegółowe relacje ze środowego spotkania May-Juncker, które według anonimowych unijnych źródeł poszło bardzo źle. Z doniesień niedzielnych gazet dowiedzieliśmy się, że w czwartek rano Juncker miał zadzwonić do Merkel i powiedzieć, że wyobrażenia premier May na temat negocjacji „o całe galaktyki” odbiegają od założeń UE.

Po środowym briefingu Michela Barniera, który właściwie próbował łagodzić nastroje i wprost mówił, że nie miesza się do brytyjskich wyborów, premier Theresa May w pierwszych słowach kampanijnego przemówienia po rozwiązaniu parlamentu ostro – jak na rządowe standardy – oskarżyła Brukselę o mieszanie się do brytyjskich wyborów parlamentarnych: „Brytyjska pozycja negocjacyjna była ostatnio błędnie przedstawiania w kontynentalnej prasie, zaostrzyła się pozycja negocjacyjna Komisji Europejskiej, europejscy politycy i urzędnicy wystosowali groźby pod adresem UK – wszystkie te działania celowo zostały zaplanowane, aby wpłynąć na wynik wyborów w UK” – powiedziała May na Downing Street po wizycie u królowej.

Powtórzyła, że brak porozumienia jest lepszy niż żadne porozumienie i że strona brytyjska chce umowy i specjalnego partnerstwa oraz sukcesu UE. Według prasy Jean Claude-Juncker miał w środę skomentować często powtarzaną przez premier May frazę „chcę, żeby Brexit zakończył się sukcesem”, słowami: „Brexit nie może zakończyć się sukcesem, ponieważ ma być przykładem, że nie warto wychodzić z UE”.

May odpowiedziała w środę publicznie: „Wydarzenia ostatnich dni pokazały, że bez względu na nasze życzenia i racjonalną postawę innych liderów europejskich, niektórzy w Brukseli nie chcą, żeby te rozmowy zakończyły się powodzeniem, nie chcą, żeby Wielka Brytania prosperowała” i starając się obrócić doniesienia w skuteczny przekaz kampanii wyborczej, dodała: „tym bardziej Wielkiej Brytanii potrzeba silnego i stabilnego premiera i rządu, ponieważ sukces Brexitu jest kluczowy dla naszego interesu narodowego i waszego  bezpieczeństwa”. W pozostałej części przemówienia May przekonywała, że niepowodzenie w negocjacjach poważne odczują zwykli ciężko pracujący ludzie, negatywnie wpłynie on na bezpieczeństwo, gospodarkę i szanse, oraz miejsca pracy dla Brytyjczyków i ich „dzieci i wnuków”.

Słowa May zabrzmiały groźnie, musimy jednak zdać sobie sprawę, że choć oficjalne negocjacje się nie zaczęły, to weszliśmy już w ich pierwszą fazę: rozmowy o rozmowach i tak jak od dawna zapowiadano te negocjacje będą trudne i pełne emocjonalnych momentów.

Dwa problemy negocjacji

Jak wynikało z niedzielnego wywiadu premier May u Andrew Marra w BBC1, a także z prasowych doniesień Times i FAS, Wielka Brytania chce literalnie traktować zapisy artykułu 50 i przeprowadzić równolegle negocjacje wystąpienia z UE i nowego porozumienia handlowego. Tymczasem unijne stanowisko zakłada proces dwuetapowy: najpierw prawa obywateli UE w UK i UK w UE oraz mechanizm rozliczeń finansowych i decyzja o przyszłej jurysdykcji przy rozstrzyganiu sporów, a dopiero potem inne kwestie.

UK z pozoru zgadza się, żeby w pierwszej kolejności załatwić sprawę praw unijnych i brytyjskich obywateli. Kilkakrotnie mówił o tym minister David Davis podkreślając, że UK zgadza się na honorowanie wszystkich praw obywateli UE, w tym np. emerytur. Doniesienia Timesa i FAS sugerują jednak, że premier May chce traktować obywateli UE jak obywateli państw trzecich, a Jean-Claude Juncker uznał, że wobec tego UK nie rozumie natury praw obywateli UE – faktu, że wynikają z prawa unijnego, a jedynym organem władnym rozstrzygać o unijnym prawie jest Trybunał Sprawiedliwości. Zarówno Theresa May wcześniej, jak i David Davis w środę rano w ITV, stwierdzili, że wyjście UK z UE oznacza definitywne zakończenie podlegania jurysdykcji europejskich sądów. Tutaj więc tkwi pierwsze źródło sporu.

Drugi problem dotyczy tzw. brytyjskiego rachunku w UE – regulację zobowiązań wynikających z faktu, że unijne ramy finansowe obejmują okres do 2020 roku, a więc przewidywały wpłaty z UK, także po planowanej dacie Brexitu, a także szeregu innych ustaleń, które zakładało brytyjskie współfinansowanie, na przykład pożyczek dla Ukrainy czy Portugalii.

Brytyjczyków ostrzegano, że finanse są dla Unii Europejskiej niezwykle ważne. Mówił o tym w styczniu w parlamentarnej komisji ds. EU były już wtedy ambasador przy UE sir Ivan Rogers:

„Stworzyliśmy poważny problem 27 państwom członkowskim. Sam fakt, że UK wychodzi z UE w połowie wieloletnich ram finansowych stanowi ogromny problem; UE czeka dziura budżetowa, prędzej czy później przywódcy państw UE przyjadą na wszelkie negocjacje, mając w głowie przede wszystkim pieniądze”.

W środę Financial Times opublikował nowe wyliczenia, według których brytyjski rachunek miałby wynosić nie 60, jak mówiono wcześniej, a nawet ponad 100 mld euro. Aktualizacja analiz wynika z tego, że niektóre państwa członkowskie według źródeł FT „porzuciły pierwsze iluzje na temat Brexitu” i domagają się uwzględnienia pełnych płatności – jako przykład dziennik podaje m.in. Polskę, które nalegała, aby w nowych kalkulacjach znalazły się także dotacje dla rolników w latach 2019 i 2020.  Nieco światła na nowe wyliczenia rzucił także w środę Michel Barnier ostrzegając, że nieuregulowanie przez Brytyjczyków należności może skończyć się „eksplozją”. Przywołał tu swoje doświadczenia z czasów, gdy zarządzał funduszami strukturalnymi, z których korzysta m.in. Polska. Barnier stwierdził, że brak brytyjskiej części może skończyć się nagłym przerwaniem finansowania wielu projektów w UE.

Theresa May nie powiedziała wprost, że rachunku w UE nie zapłaci. Ale Brytyjczycy chcą powiązać kwestię płatności z przyszłą umową handlową, a więc odrzucają podział negocjacji na dwie fazy, tak jak je przedstawił w środę Barnier.

UK i UE rozpoczęły już negocjacje i musimy się do tej emocjonalnej retoryki przyzwyczaić. Ze względu na wybory w najbliższych pięciu tygodniach więcej amunicji może wystrzelić ze strony brytyjskiej i już te pierwsze salwy sugerują, że będzie to ostra walka. Jednak zanim ktoś powie, że premier May idzie na wojnę z UE zaczekajmy na program wyborczy konserwatystów – im bardziej będzie ogólny, tym większe prawdopodobieństwo, że May celuje jednak w kompromis.

30 More posts in Brexit_opinie category
Recommended for you
Nie ma odwrotu od twardego Brexitu – rozmowa

O następstwach decyzji podjętej podjętej przez Brytyjczyków 23 czerwca 2016 w unijnym referendum UKpolitics po...